Krajoznawcza ODZNAKA DOLNOŚLĄSKA już dostępna!

Jednym z głównych celów statutowych Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej jest propagowanie wiedzy o Śląsku. Nie chcemy jednak poprzestawać na przekazywaniu suchych informacji. Zachęcamy do poznawania regionu poprzez samodzielne odkrywanie atrakcyjnych, ważnych i charakterystycznych dla niego miejsc. Jesteśmy przekonani, że jest to najciekawszy sposób na przyswojenie bogatej i złożonej historii naszej ziemi.
Celem przyświecającym krajoznawczej Odznace Dolnośląskiej jest popularyzacja walorów historycznych i krajoznawczych Dolnego Śląska wraz z ziemią Łużyc, jaka znalazła się w Prowincji Śląskiej, mając świadomość jej odrębności historycznej.
Oddajemy w Państwa ręce książeczkę zawierającą regulamin funkcjonowania Odznaki wraz z listą obiektów do zwiedzania.
Książeczki z regulaminem można nabyć za 15 złotych. Po przekazaniu darowizny na konto SONŚ otrzymają Państwo pocztą 160-stronnicową książeczkę z regulaminem, gdzie wylistowano obiekt do odwiedzanie i zbierania potwierdzeń takich wizyt. Po zdobyciu odpowiedniej ilości potwierdzeń i odesłaniu książeczki na adres SONŚ otrzymają Państwo wpinkę ODZNAKI DOLNOŚLĄSKIEJ.

ODol

Należność prosimy uiścić na konto naszego Stowarzyszenia:

68 1540 1229 2055 4605 8438 0001

Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej

ul. Wodna 9, 46-045 Kotórz Mały:

Tytułem: Darowizna na Regulamin Odznaki Dolnośląskiej.

Prosimy w przypadku wpłaty na konto SONŚ także o maila potwierdzającego z adresem do wysyłki na adres: biuro@slonzoki.org

 

Regulamin można także nabyć bezpośrednio od członków koła SONŚ Wrocław: sonswroclaw@gmail.com lub telefonicznie: 725-649-815.

Dr hab. Tomasz Kamusella o negatywnej opinii Rządu RP w sprawie uznania Ślązaków za mniejszość etniczną.

Kpina z demokracji obywatelskiej:

Ślązaków oraz języka śląskiego nie ma, nie było i być nie może:

Dyskryminacja trwa

 

320px-Śląsko_godka_-_konferencja_30.06.2008_4p

 

Dr hab Tomasz Kamusella FRHistS

Reader in Modern History

University of St Andrews

http://www.st-andrews.ac.uk/history/staff/tomaszkamusella.html

 

 

W lipcu 2014 roku, podpisany przez ponad 140 tysięcy osób, obywatelski projekt w sprawie uznania śląskiej mniejszości etnicznej oraz języka śląskiego jako regionalnego trafił do Sejmu. 9 grudnia 2015 roku, w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, zespół roboczy pod kierunkiem Sebastiana Chwałka oraz Krzysztofa Kołodziejczaka przygotował projekt stanowiska Rządu RP a propos powyższego projektu obywatelskiego (http://bip.mswia.gov.pl/bip/projekty-aktow-prawnyc/2015/23817,Projekt-Stanowiska-Rzadu-wobec-obywatelskiObywatelski%20projekt%20ws.%20%C5%9Bl%C4%85skiej%20mniejszo%C5%9Bci%20etnicznej%20ego-projektu-ustawy-o-zmianie-ustawy-o.html). Dwa dni później projekt ów został rozesłany do ministerstw i „służb” celem konsultacji. Nikt nie zgłosił poprawek ani żadnych obiekcji, dlatego po upływie 10 dni (czyli 21 grudnia 2015 roku), projekt stał się oficjalnym stanowiskiem Rządu w tej sprawie.

Autorzy projektu twierdzą, że Ślązaków i języka śląskiego nie ma, bowiem „zdecydowana większość ludności Górnego Śląska historycznie utożsamiała się i utożsamia nadal z narodem polskim”. Dlatego w okresie międzywojennym 110 tysięcy osób musiało opuścić autonomiczne województwo śląskie, a w roku 1930 większość ludności województwa głosowała na partie niemieckie. Po 1945 roku, z dwumilionowej ludności całego Górnego Śląska, który przypadł Polsce, połowę mieszkańców wysiedlono do powojennych Niemiec oraz bezprawnie zniesiono autonomię regionu. Pozostałą ludność poddano polonizacji w ramach tzw. weryfikacji oraz rehabilitacji narodowej. Z powodu tych działań, połączonych z przymusową zmianą (tj. spolszczeniem) imion (w 1947 roku) oraz nazwisk (w okresie do roku 1963), około 800 tysięcy Ślązaków rozczarowanych życiem w realnym polsko-narodowym komunizmie wyjechało do Niemiec Zachodnich w latach 1952-1993. Po upadku komunizmu, około 400 tysięcy osób zadeklarowało przynależność do mniejszości niemieckiej, a na chwile obecną około 250 tysięcy obywateli RP zamieszkujących na Górnym Śląsku legitymuje się też obywatelstwem niemieckim. Dodatkowo w oficjalnym spisie z roku 2011, 850 tysięcy osób zadeklarowało narodowość śląską, czyli przynależność do narodu śląskiego, oraz 550 tysięcy oficjalnie oświadczyło, że na co dzień rozmawia w języku śląskim.

Ponadto dokument stanowiska rządowego oznajmia, że „w ocenie Rządu nie można zatem twierdzić, iż tradycja i kultura mieszkańców [Górnego] Śląska odróżnia się w sposób istotny od kultury pozostałych obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, a więc kultury i tradycji polskiej.” Jednak wspomniane w tym dokumencie te same tradycje pozwalają Rządowi na uznanie 250 tysięcy mieszkańców Górnego Śląska za Niemców. (Przecież górnośląscy Niemcy mieszkają i mówią po śląsku; nie ma ani jednej nawet najmniejszej miejscowości lub dzielnicy ani w Górnym Śląsku, ani gdzie indziej w Polsce, gdzie niemczyzna stanowiłaby język codziennej komunikacji.) Stąd wniosek, że po prostu w Warszawie nie ma woli politycznej, aby uznać Ślązaków za Ślązaków. A wśród polskich elit politycznych trwa wciąż międzywojenne oraz endeckie w swym powodzie przeświadczenie, że Ślązacy to „masa etnograficzna”, „warstwa pośrednia”, „ludność indyferentna narodowościowo”, która koniec końców powinna się zdecydować czy chce być Polakami bądź Niemcami.

Nic z tego, że pogląd ten obraża 850 tysięcy obywateli polskich oraz odgórnie lekceważy ich wybory tożsamościowe, jak i inicjatywę polityczną. W okresie międzywojennym polskie elity polityczne dokładnie w ten sam sposób traktowały „Rusinów” (tj. Ukraińców, którym Warszawa nawet odmawiała miana „Ukraińców”) i Białorusinów odmawiając im podmiotowości grupowej (a tym bardziej narodowej) oraz Żydów, którzy mieli w końcu „wyjechać do siebie”.

Zaś w kwestii języka śląskiego dokument stanowiska rządowego twierdzi, że „ludność tradycyjnie zamieszkująca region Górnego Śląska posługuje się […] dialektem śląskim języka polskiego.” Dobrze, że nie „gwarą”, jak do niedawna się jeszcze się mawiało. Podobne było stanowisko Warszawy wobec kaszubskiego jako „dialektu języka polskiego” przed rokiem 2005, kiedy to w końcu postanowiono uznać kaszubszczyznę za język regionalny odrębny od polszczyzny. Czyli jak się chce to można, ale tutaj może ma coś na rzeczy fakt, że w tamtym okresie marszałkiem Sejmu RP był Kaszëba Donald Tusk?

Jednak głównym powodem odmowy uznania Ślązaków i ich języka, podawanym w stanowisku Rządu, są przewidywane koszty finansowe. Wedle dokumentu „System finansowania edukacji, w tym zadań służących podtrzymywaniu tożsamości narodowej, etnicznej i językowej mniejszości” (http://mniejszosci.narodowe.mac.gov.pl/download/86/18830/Systemfinansowaniaedukacjiimniejszoscinarodowe20153.pptx) w roku 2015 polski budżet oświatowy wyniósł prawie 45 miliardów złotych (czyli około 13% budżetu państwa o wysokości 343 miliardów złotych). Z tego 326 milionów złotych (czyli 0.7% budżetu oświaty) przeznaczono na nauczanie języków mniejszościowych oraz języka regionalnego (czytaj: kaszubskiego) w szkołach podstawowych i średnich.

Gros środków wydano na nauczanie mniejszościowego języka niemieckiego oraz regionalnego języka kaszubskiego, odpowiednio 145 milionów złotych oraz 127 milionów złotych. W pierwszym wypadku nauczaniem języka niemieckiego jako mniejszościowego objęto 38 757 uczniów, a w drugim nauczaniem kaszubszczyzny jako języka regionalnego 18 056 uczniów. Czyli, nakłady na głowę wyniosły 3 749 złotych na ucznia niemieckiego jako języka mniejszościowego oraz aż 7 044 złote na ucznia kaszubszczyzny jako języka regionalnego.

Autorzy stanowiska Rządu ubolewają, że jeśli na potrzeby edukacyjne mniejszości niemieckiej ze 144 tysiącami członków wydaje się rocznie 145 milionów złotych, to na potrzeby oświatowe mniejszości śląskiej należałoby wyłożyć 870 milionów złotych. Czy to tak wiele? Ponadto na 228 tysięcy Kaszubów deklarujących w spisie z 2011 roku przynależność do narodu kaszubskiego (narodowość kaszubską) nakłady per capita są niższe, rzędu 600 złotych na osobę, a nie 1 000 złotych na osobę jak w przypadku mniejszości niemieckiej. Tak więc, biorąc Kaszubów za wzór, Rząd wydałby jedynie około 500 milionów złotych na Ślązaków czyli 1.1% budżetu oświatowego na edukacyjne potrzeby aż 2.5% obywateli.

W latach 1869-1918 Austro-Węgry chciały i potrafiły zapewnić pełną edukację elementarną milionom uczniów w językach polskim i ukraińskim w Galicji przezywanej wtedy z powodu biedy jej mieszkańców „Głodomerią”. Wiedeń poświęcił na ten cel środki o wiele większe niż kiedykolwiek byłyby potrzebne na realizację nauczania śląszczyzny jako języka regionalnego. Co za wniosek płynie z tej konstatacji? Czyżby gospodarczo kwitnąca Polska Anno Domini 2015 de facto była per capita biedniejsza niż Austro-Węgry? I czy to oznacza, że tak na prawdę „Polska jest w ruinie”, jak to oznajmił PiS w niedawnej kampanii wyborczej?

A może jest inaczej? Może w realności Polska jest wielokrotnie dostatniejsza od Monarchii CK, lecz za to w Polsce panuje demokracja pośledniejszego sortu niźli w Austro-Węgrzech, zwłaszcza dla tych, których mowa odbiega od oficjalnego języka polskiego. Gdyby Wiedeń był podjął taka postawę wobec Polaków w cesarsko-królewskiej Galicji, jak dziś Warszawa reprezentuje wobec Ślązaków, toby obecnie nie Polacy mieszkali w Krakowie czy Rzeszowie, a Austriacy. Szczęśliwie dla Polaków i demokracji w Galicji, w tamtym czasie nie rządziła we Wiedniu jakaś austriacka endecja.

Nie miejmy złudzeń. Jak rząd PO pod przewodnictwem Kaszëby Donalda Tuska nie chciał się pochylić nad potrzebami oraz inicjatywa ustawodawczą Ślązaków, to tym bardziej nie uczyni tego jeszcze silniej nacjonalistyczny rząd PiS.

 

22 grudnia 2015 roku

Dundee,

takie normalne

szkockie miasto, gdzie w magistracie

można otrzymać praktyczne informacje

w co najmniej 60 językach, również i po polsku

(zob: http://www.dundeecity.gov.uk/, proszę

spojrzeć na zakładkę „Select Language”)

Radosnych Godōw!

gody copy

„Wiatr od wschodu” Augusta Scholtisa w ramach Canon Silesiae

wiatr mmini loresKolejną pozycją wydaną w ramach prowadzonego przez Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej CANONU SILESIAE jest tłumaczenie „Ostwindu” Augusta Scholtisa. Książka ukazała się w polskim tłumaczeniu Aloisa Smolorza jako „Wiatr od wschodu”.

Ta jedna z najważniejszych powieści górnośląskich, która w plebiscycie „Fabryki Silesiae” na śląską książkę wszech czasów zajęła 6 miejsce.

Tak o książce w posłowiu pisze Horst Bienek:

„(…) Wiatr od wschodu jest na swój sposób dziełem genialnym – tak, nie obawiam się tego stwierdzenia.

(…) Scholtis pisał od wewnątrz. Pochodził z owej prowincji Górny Śląsk, która przez nienawiść narodową, antagonizmy religijne, powstania, plebiscyt i wreszcie podział  wywoływała przez lata niepokoje w Niemczech. Pochodził z morawskiej części Śląska, którą przyłączyli sobie Czesi, i która w okresie międzywojennym zwana była Kraikiem Hulczyńskim. Pochodził z rejonów przygranicznych i przez całe swoje życie nie wiedział, do jakiego miejsca tak naprawdę przynależy.

(…)Spisał to wszystko, nawet więcej – wykrzyczał, przeklął, wymodlił i wypłakał w Powieści górnośląskiej katastrofy.Była to gniewna litania przeciwko bogatym magnatom, szowinistycznym politykom, demagogicznym księżom i ideologicznym uwodzicielom – tu i tam. Równocześnie namiętna mowa obrończa dla ubogich, wykorzystywanych małych ludzi, którzy zawsze i wszędzie byli przegrani.”

A śp.. Michał Smolorz w 2012 roku na łamach Dziennika Zachodniego przewidywał, że książka nigdy nie doczeka polskiego wydania: „(…)jestem pewien, że wówczas nie dopuściliby, aby ten nakład trafił do rąk czytelników. Polityczni administratorzy regionalnej kultury zrobią wszystko, aby najwybitniejszych górnośląskich dzieł współcześni Górnoślązacy nigdy nie poznali, aby raz na zawsze popadły one w zapomnienie. Abyśmy dalej żyli w przekonaniu, że cała istniejąca śląskość to tylko sztuka ludowo-jarmarczna, rzekomy folklor i krupniokowa tandeta.”

August Scholtis (1901-1969), urodzony w Bolaticach, w Kraiku Hulczyńskim na Górnym Śląsku. Jako samouk wykształcił się na murarza, a następnie został zarządcą dóbr Karla Lichnowskiego w Krzyżanowicach. Od 1929 przeniósł się do Berlina gdzie został pisarzem i dziennikarzem. W 1932 wydał powieść Ostwind (Wiatr od wschodu). Następnie powstają Baba und ihre Kinder (Baba i jej dzieci) oraz Jas, der Flieger (Jaś, lotnik). W 1959 powstaje autobiograficzy Herr aus Bolatitz (Pan z Bolatic), za którego otrzymuje nagrodę Andreas Gryphiusa. Ostatnią książką opublikowaną za życia była Reise nach Polen. Ein Bericht (Podróż do Polski. Sprawozdanie).

Rozwiązanie kół terenowych SONŚ

W dniu 5 listopada 2015 roku likwidatorzy SONŚ rozwiązali 10 kół terenowych. Istnieją koła SONŚ w Mysłowicach i Wrocławiu.

Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej w likwidacji nadal posiada wpis do Krajowego Rejestru Sądowego. Likwidatorzy wraz z katowicką kancelarią adwokacką przygotowują wniosek do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strassburgu, który zostanie wysłany z początkiem 2016 roku.

25 października – wybierz mądrze!

12032029_1039954092704870_3992442402175678291_nJednym z celów Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej jest budowa aktywnej postawy obywatelskiej. Jednym z przejawów działań obywatelskich jest aktywny udział w wyborach. Dlatego apelujemy o udział w wyborach i pokazanie mocnego śląskiego głosu. Tym bardziej, że tym razem nie możemy narzekać, że „nie mamy żadnego wyboru”.

Nie będziemy wskazywać żadnej konkretnej listy czy osoby, bo wierzymy że śledząc działania osób zaangażowanych w kwestie śląskie, sami dokonacie mądrego wyboru.

Oświadczenie SONŚ po kolejnej decyzji SN

sonsLogo  16 października 2015r. Sąd Najwyższy RP odrzucił skargę kasacyjną naszego Stowarzyszenia, zatem obowiązuje nas decyzja sądu w Opolu o rozwiązaniu i likwidacji naszej organizacji. Tym samym wyczerpaliśmy w całości drogę prawną, zagwarantowaną przez ustrój Rzeczpospolitej Polskiej i nie mamy więcej możliwości dopominania się o należne nam prawa obywatelskie wewnątrz kraju. Ze wszystkich sił, przy użyciu wszelkich dostępnych, legalnych narzędzi prawnych staraliśmy się uzyskać możliwość działalności na rzecz śląskiej społeczności i naszej śląskiej ojczyzny w zgodzie z zasadami praworządności, jakie obowiązują każdego obywatela ale też powinny każdemu obywatelowi przysługiwać – lecz nam ich odmówiono. W tej sytuacji pozostaje nam jedynie możliwość dopominania się o równe traktowanie śląskiej mniejszości w społeczeństwie Rzeczpospolitej Polskiej w instytucjach europejskich i złożenie pozwu do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strassburgu. Nie chcieliśmy, by do tego doszło, ale kolejne decyzje sądów RP a przede wszystkim dwie decyzje Sądu Najwyższego, zmuszają nas do obrania tej drogi – tym bardziej, że jesteśmy absolutnie pewni swych racji, zaś w statucie naszej organizacji uwzględniliśmy od samego początku wszystko to, co Trybunał zalecił, gdy kilka lat temu rozpatrywał skargę Związku Ludności Narodowości Śląskiej.

Jednocześnie informujemy, że SONŚ nadal posiada wpis do KRS, natomiast miejsce dotychczasowego Zarządu zajęli wyznaczeni przez sąd likwidatorzy, którzy będą bardzo skrupulatnie wykonywać swoje zadania.

Pejter Długosz i Wojciech Glensk – likwidatorzy SONŚ, Jerzy Ciurlok – rzecznik SONŚ

Czy śląski nadal na liście języków zakazanych?

Godomy po ślonskuW ostatnich latach wiele pozytywnego dzieje się wokół ślōnskij gŏdki. Staje się ona równorzędnym językiem w marketingu (np. reklama Volkswagena) czy nowych technologiach (np. aplikacje Samsunga). Wkracza także do urzędów, czego najlepszym dowodem jest akcja Fundacji Silesia „Gŏdōmy po ślōnsku”. Jednak obserwacje poczynione przez grupę kilkunastu znajomych w woj. opolskim pokazują także inne oblicze nastawienia do śląskiego. Wciąż jest wiele miejsc, gdzie śląski jest językiem ZAKAZANYM. Obserwacje te zaczęły się od rozmów ze znajomymi pracującymi na stacjach benzynowych czy w bankach. Osoby, które znamy na co dzień, odpowiadały nam podczas spotkania ich w sytuacjach służbowych po polsku, mimo iż mówiliśmy do nich po śląsku, co nie zdarzało się w sytuacjach prywatnych. Zaczęliśmy drążyć temat i okazuje się, że właściciele/kierownicy oddziałów banków/stacji benzynowych często oficjalnie zakazują swoim pracownikom odpowiadać klientom po śląsku. Nawet jeśli tymi właścicielami są sami Ślązacy. Do klientów należy odpowiadać „czystą polszczyzną”. Pytaliśmy, czy zakaz ten dotyczy także sytuacji, gdy klient odezwie się do nich po angielsku czy niemiecku. Okazuje się, że wtedy należy odpowiedzieć (o ile zna się te języki) odpowiednio po angielsku lub niemiecku. Gdy dopytywaliśmy,, dlaczego w takim razie zakazem tym objęto śląski, to odpowiedź jest najczęściej jedna: „żeby nie drażnić polskich klientów”…

A jakie są Wasze obserwacje?

dr hab. Tomasz Kamusella: Śląsk – między Polską a Białorusią

Śląsk – między Polską a Białorusią

Tomasz Kamusella

University of St Andrews

 

Sąd Najwyższy postanowieniem z 14 lutego 2007 roku (III SK 20/06, skład sędziowski: Kazimierz Jaśkowski, Zbigniew Myszka, Andrzej Wróbel), zadecydował, że nie można zarejestrować w Polsce Związku Ludności Narodowości Śląskiej. „Nie można bowiem deklarować przynależności do narodu [śląskiego], który nie istnieje”. Pięć lat później, dnia 5 grudnia 2013 roku, na podstawie tego samego orzeczenia, Sąd Najwyższy (III SK 10/13, skład sędziowski: Kazimierz Jaśkowski, Maciej Pacuda, Krzysztof Staryk) przyczynił się do wszczęcia proceduru odbierania rejestracji Stowarzyszeniu Osób Narodowości Śląskiej. Ponadto, aby nie było wątpliwości, sąd dodał, że „wyniki spisu powszechnego przeprowadzonego w 2011 r. nie mogą implikować poglądu o istnieniu narodu śląskiego”.

W okresie międzywojennym, kiedy tzw. „Kresy Wschodnie” stanowiły deczko ponad połowę powierzchni ówczesnej Polski, dominowała opinia, że Białorusini i Ukraińcy (polskie urzędy odmawiały im tego miana, uparcie nazwając ich „Rusinami,” a ich ukraiński język – „językiem ruskim”; zaś Białorusinów wolano zwać „tutejszymi”) to „masa etnograficzna”, taka „zacofana tłuszcza bez żadnej świadomości narodowej”. W traktacie ryskim z 1921 roku, kończącym wojnę polsko-bolszewicką, zwolennicy Romana Dmowskiego podzielili ową „masę” po połowie między Polskę a bolszewicką Rosję. Plan był taki, że po upływie jednego pokolenia „nowoczesny” przecież naród polski i rosyjski wchłoną (czytaj: spolonizują i zrusyfikują) „swoje połówki” tejże „etnograficznej masy”. Międzywojenny działacz narodowo-katolicki, Wojciech Wasiutyński, taki miał oto pogląd na Białorusinów: „Białorusini narodem nie są. […] Uznawanie Białorusinów za naród lub dopomaganie im do tego, by się jako naród wyodrębnili, jest doktrynerstwem […] poświęceniem dla doktryny przyszłości Narodu Polskiego” (w: J. Tomaszewski. 1985. Ojczyzna nie tylko Polaków, s 92).

Widać tu niezwykłą ciągłość endeckich idei, wartości i przekonań, między polską elitą polityczną międzywojnia a okresu postkomunistycznego. W skrócie – tylko Warszawa ma prawo decydować o istnieniu lub nie języków i mniejszości (narodowych czy etnicznych) na terenie Polski. I to niezależnie od wyników spisów czy opinii samych obywateli. Tą doktrynę realpolitik zwięźle streścił Józef Stalin, który zwykł mawiać „Nieważne jak kto głosuje, lecz kto liczy głosy” (w: Jan Łopuszański. 2005. Nadzieja Europy, s 55).

W najbliższą niedzielę (11 października 2015 roku) odbędą się wybory prezydenckie w Białorusi, w których bez cienia wątpliwości, po raz piąty z rzędu, wygra Aleksander Łukaszenka. Zgodnie ze sprawdzoną metodologią stalinowsko-putinowskiej demokracji sterowanej. Proponuję, aby w gratulacjach od Polski, Sąd Najwyższy podzielił się z Mińskiem doświadczeniami w „po demokratycznemu” sprawnym zarządzaniu kraju. Łukaszenka od dłuższego czasu ma pewne problemy z trzystutysięczną mniejszością polską w Białorusi. Szczęśliwie między białoruskimi spisami z lat 1999 i 2009, liczebność tej mniejszości spadła o jedną czwartą z 395,000 do 294,000 osób.

Lecz przekonywanie ludzi metodami administracyjnymi, żeby deklarowali „prawidłową” narodowość, wiąże się wprost proporcjonalnie ze wzrostem liczby więźniów politycznych, co (poza Chinami) nie świadczy dobrze o danym państwie i jego administracji. Aby uniknąć takiej plamy na honorze, wystarczy podzielić się z Białorusią polskimi doświadczeniami w zakresie „unieistniania” narodu Ślązaków i języka śląskiego. Przecież, na co dzień, większość białoruskich Polaków lepiej się posługuje rosyjskim niż językiem białoruskim. A ich język domowy to nic innego niż tylko lokalne gwary słowiańskie (w Polsce błędnie określane mianem „kresowych”, pomimo, że żadnych Kresów już nie ma od lat bez mała 70), czyli gwary języka białoruskiego.

Co tam więc spisy i ich wyniki, polski Sąd Najwyższy podpowiada, że te w żaden sposób nie mogą ograniczać suwerennego państwa prawa. Stąd wniosek, że wyniki białoruskiego spisu powszechnego przeprowadzonego w 2009 roku nie mogą implikować poglądu o istnieniu polskiej mniejszości narodowej na terenie Białorusi. I dlatego nie można deklarować przynależności do mniejszości, która nie istnieje. „Rzekoma mniejszość polska” to ni mniej, ni więcej tylko grodnieńska grupa regionalno-konfesyjna narodu białoruskiego. Otóż ci białoruscy Grodnieńszczacy w życiu publicznym posługują się językiem rosyjskim, a w domu i po wioskach północno-zachodnim dialektem języka białoruskiego. A obydwa, rosyjski i białoruski, to języki państwowe Białorusi.

Brzmi absurdalnie? Ale przecież w Białorusi Łukaszenki ponoć wszystko możliwe. A i od Polski w tym względzie wciąż można się jeszcze wiele nauczyć.

9 października 2015 roku

Wycieczka SONŚ Chorzów do Cieszyna

th

Chorzowskie koło SONŚ organizuje w dniu 24 października 2015r. wycieczkę do Cieszyna połączoną ze zwiedzaniem Browaru oraz degustacją piwa.

Plan wycieczki:
8.00 Wyjazd z Chorzowa – Zajazd „Batory”

8.15 Odjazd z Batorego koło zegara

9.30 Przyjazd do Cieszyna

10.00 – 12.00 Zwiedzanie browaru

12 – 14.30 Spacer po Cieszynie, czas wolny.

14.30 – 16.00 Przejazd do Chorzowa

Zwiedzanie browaru obejmuje:
– Kancelarię Głównego Piwowara,
– Tunel Lodowy, Warzelnię,
– Fermentację,
– Leżakownię
– Restaurację.

„W czasie zwiedzania dowiecie się, jak warzy się piwo według starej, tradycyjnej technologii, jakich surowców używa się do produkcji tego złocistego napoju, dlaczego piwo pachnie, co to są aromaty i skąd się wzięły, dlaczego warto pić piwo i co w nim jest wartościowe. A wszystko to przeplatane historiami o starych browarach i piwowarskim świecie”.

Po zwiedzaniu w kultowej restauracji będziemy degustować i poznamy 2 różne cieszyńskie piwa po 0,25 l albo 3 różne piwa po 0,2 litra
Koszt uczestnictwa w wycieczce wynosi 54zł (przy pełnym busie) – płatne przy zapisie

Cena obejmuje
– przejazd
– zwiedzanie browaru
– degustację piwa.

Zapisy oraz informacje można uzyskać u Pana Zbyszka , tel. 508-524-040 lub za pośrednictwem poczty e-mail sons.chorzow@onet.pl

ZAPRASZAMY